kwietnia 23, 2020

Wesele zero waste cz. I


Planując Nasz wielki dzień bardzo chciałam wprowadzić do niego zero waste i rozsądnego podejścia. Wiele kwesti musiałam przemyśleć, co zrobić zupełnie inaczej niż tradycyjnie, co zastąpić, a z czego zupełnie zrezygnować, Czułam, że najwięcej mogę zrobić w kwestii dekoracji, ponieważ zazwyczaj to własnie one kumulują wiele jednorazowych i plastikowych przedmiotów.

Jestem bezgranicznie zakochana w naturze i lesie, więc to właśnie wybrałam jako motyw przewodni wesela, dekoracji i kolorystyki. Gdy już wybrałam motyw i w mojej głowie zaczeły rodzić się wizje jak wesele może wyglądać, uzbierałam wiele pomysłów by zminimalizować wpływ tego jednego dnia na środowisko i nasze życie.


Pierwszym pomysłem na dekoracje były paprocie, które jak nic innego kojarzą mi się z lasem. Nasze wesele było w czerwcu i na próżno szukać wtedy paproci w lesie. Jak wielkie szczeście mnie spotkało, gdy w maju pojechałam odwiedzić moją mamę a ona mi powiedziała, że chce zlikwidować paprocie, które zaczeły jej rosnąć jak szalone obok domu i wypleniać wszystkie inne rośliny, które tam miała. Szybko wziełam się do roboty i przesadziłam paprotki z ziemi do donniczek. Paprotki posadziłam na początku maja i miałam ogromną nadzieję, że nie umrą w tych donniczkach i wytrzymają przez miesiąc. Na szczęście uadło się! Uffff
Do paprotek kupiłam metalowe, białe osłonki, a na wierzch położyłam trochę mchu, żeby zakryć ziemię.





Gdy już miałam moją główną dekorację na środek stołu, zaczęłam się zastanawiać, czym ją uzupełnić. Szyszki! To kolejna rzecz, która jak żadna inna nie wnosi klimatu lasu. Marzyły mi się wielkie szyszki, które widziałam na drzewach w Anglii i byłam przekonana, że nie uda mi się ich znaleźć, i zostanie mi ich kupno lub standardowe szyszki. Kilka miesięcy zbierałam różnej wilekości szyszki po lasach i prosiłam znajomych, żeby również mi pomogli. Tutaj po raz kolejny przydało się moje szczeście. Będąc zimą u mojej przyjaciółki stałam na przystanku pod jej blokiem i oglądałam niebo, w pewnym momencie zauwarzyłam sosnę, która miała bardzo długie igły a na gałęziach rosły ogromne szyszki, dokładnie takie, jakich szukałam! Czy to przypadek??? Radość razy milion! Przyajciółka pomogła mi nazbierać je spod drzewa i już  miałam kolejną dekorację. Żeby szyszki prezentowały się lepiej pomalowałam je złotym sprayem.







Moim dużym marzeniem było, aby wśród dekoracji znalazło się prawdziwe drewno, w plastrach na stole oraz dekoracja z pieńków. U mamy na wsi były pieńki, więc miałam w planach znaleźć tartak i zrobić plastry, problemem było to, że pieńki były suche, więc przy cięciu mogły łatwo się połamać. Po raz kolejny los się do mnie uśmiechną, gdy na początku marca odwiedziłam mamę, a u niej na podwórku leżał cały stos świeżego drewna, które kupiła na opał. Surowe pieńki! Siedzieliśmy w domu przy herbacie a ja przez okno patrzyłam na te pieńki i mówię "Gdybym miała piłę, to sama bym je poprzecinała" a moja mama na to, że ma taką małą piłę elektryczną i możemy spróbować je pociąć na plastry. Na szczęście był z nami mój szwagier, który dużo lepiej posługiwał się piłą. W taki sposób powstały plastry na stoły oraz duży plaster na tort. To było mistrzostwo, a moja radość była ogromna.



Kolejną rzeczą jakiej potrzebowałam do dekoracji były słoiki. W tym przypadku nie musiałam długo mysleć i się wysilać, ponieważ mama od lat zbiera przeróżne słoiki i ma ich całą piwnicę. Wybrałam kilkanaście różnych wielkościowo, dokładnie je umyłam i dekaracja była gotowa :) Do słoików miałam plan włożyć różnej wielkości świeczki. W sklepie znalazłam duże podgrzewacze oraz mniejsze i większe świece walcowe w kolorze białym i burgundowym.



Największą zaletą tych wszystkich dekoracji było, to, że po weselu nie musiałam wyrzucać niczego do kosza, nie wyprodukowałam plastikowych śmieci. Wiele rzeczy zabralismy i nadal dekorują wnętrza domów mojej rodziny, reszta się rozłoży, spali lub zrecyglinguje :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © dorieco , Blogger